Aleksander Doba to najbardziej doświadczony i najsłynniejszy kajakarz świata. Mając przepłyniętych kilkadziesiąt tysięcy kilometrów kajakami; w tym kilkanaście tysięcy po różnych morzach, Aleksander Doba dojrzał do wypłynięcia na ocean.

Właściciela stoczni jachtowej w Szczecinie Andrzeja Armińskiego przekonał do zaprojektowania i zbudowania kajaka oceanicznego umożliwiającego mu bezpieczne przepłynięcie Oceanu Atlantyckiego. Dotrzymane zostały pierwotne założenia projektu: długość 7 m., szerokość 1 m., kabina z przodu, dwie komory bagażowe. Kajak zbudowany z materiałów i w technologii podobnej do tej, w której powstają jachty oceaniczne.

Aleksander Doba planował przepłynąć Atlantyk między kontynentami w trzech etapach. Pierwszy z Afryki do Ameryki Południowej. To miało być sprawdzenie kajaka i kajakarza – czy to będzie możliwe i czy kajak wytrzyma. Potem następny etap: z Ameryki Południowej do Ameryki Północnej. Wreszcie trzeci – zamykający pierwotny plan etap z Ameryki Północnej do Europy. Różne wyprawy Olka po rzekach i morzach to coraz to inne, większe wymagania, trudności. Kajakarz bazował na zdobytym doświadczeniu i ”podnosił poprzeczkę” systematycznie coraz wyżej. W wyprawach między kontynentami również. Każda następna wyprawa to większa skala trudności.

Wyprawy transatlantyckie

 Pierwsza Transatlantycka wyprawa kajakowa:

Start 2010-10-26, Dakar, Senegal, Afryka Zachodnia. Meta 2011-02-02, Acarau, Brazylia, Ameryka Południowa. Przepłynięte 5350 km w ciągu 99 dób.

Druga transatlantycka wyprawa kajakowa:

Start 2013-10-05, Lizbona, Portugalia, Europa.

Meta 2014-04-18 New Smyrna Beach, Floryda – USA, Ameryka Północna. Przepłynięte 12 427 km w ciągu 167 dób.

Trzecia transatlantycka wyprawa kajakowa:

Start 2017-05-16-12-47, Barnegat Light, stan New Jersey w USA, Ameryka Północna. Meta 2017-09-03-12-45, Le Conquet, Bretania, Francja, Europa. Przepłynięte 4150 Mm (mil morskich) – 8109 km w ciągu 110 dób bez dwóch minut, czyli 2640 godzin. Średnia prędkość 1,57 węzła (Mm/godzinę). By zrealizować ten najtrudniejszy etap pierwotnego przepłynięcia Atlantyku kajakiem, kajakarz korzystał z zasobów biblioteki Akademii Morskiej w Szczecinie. Rozmawiał z żeglarzami oceanicznymi. Brał również pod uwagę opinię żeglarza  Andrzeja Armińskiego, twórcy kajaka, który opłynął jachtem świat.

W trzeciej wyprawie wpierał go zespół: Gabriela Doba, Magdalena Czopik i Piotr Chmieliński.

Statystyki Trzeciej transatlantyckiej wyprawy kajakowej

Z podanych przez Olka danych wiemy, że podczas trzeciej wyprawy kajakarz:

– zużył 1150g kawy rozpuszczalnej do sporządzenia 550 kaw (średnio 5 dziennie).

– do kaw zużył 3 kg mleka w proszku. Starczyło na prawie połowę kaw.

– zużył 3200g miodu do słodzenia kawy. Gdy zabrakło miodu robił czekoladę pitną.

– zużył cztery butle litrowe gazu propan-butan używając kuchenki Jet boil.

– z lądu zabrał 40 litrów wody pitnej i 40 butelek soku pomarańczowego pojemności 250 ml.

– z oceanu uzyskał 480 litrów wody odsolonej przy pomocy odsalarek o napędzie elektrycznym
i ręcznym. Z tego 1/4 przy pomocy odsalarki ręcznej.

– schudł 11 kg.

Przez pierwsze dwa tygodnie jadł kanapki przygotowane przez Małgosię Borowską Piątek (cztery doby) oraz jedzenie klasyczne jak z puszek mięsnych. Potem przez 96 dób jedzenie liofilizowane firmy Lyofood. Dwa rodzaje śniadań; pięć rodzajów zup, osiem rodzajów dań drugich; sześć rodzajów owoców, trzy rodzaje mieszanek owocowych w proszku. W ciągu doby to: jaglanka lub owsianka na śniadanie; zupa + drugie danie + kompot z owoców w porze obiadowej; w porze wieczornej – zupa lub drugie danie.

Najtrudniejsza wyprawa

Spośród trzech wypraw, ta ostatnia realizowana trasą północnoatlantycką, zgodnie zresztą z przewidywaniami, była najtrudniejsza. Jeśli brać pod uwagę datę, kiedy się rozpoczęła – to można powiedzieć, że także najdłuższa. Start bowiem nastąpił 29 maja 2016 roku, w marinie nieopodal nowojorskiej Statuy Wolności. Krótko po tym, uderzony o brzeg w Zatoce Sandy Hook, kajak „OLO” uległ uszkodzeniu, a Olek zdecydował o przerwaniu podróży. Rok później powrócił do miejsca, gdzie doszło do wypadku i 6 maja ruszył ponownie. I tym razem niestety nie obyło się bez komplikacji.

Jeszcze w zatoce silny wiatr niemal porwał „OLO”, spychając wprost na skały. W ostatnim momencie udało się wziąć go na hol, dzięki czemu uniknął rozbicia się o głazy. Ledwie szczęśliwie wypłynął wreszcie na otwarty Atlantyk, pojawiło się zagrożenie sztormem, z przeciwnymi do kursu wiatrami, czyli wiejącymi w stronę lądu. Olek nie zdążył oddalić się od brzegu przynajmniej na dystans 150 mil morskich gdy musiał zatrzymać się w Zatoce Barnegat w stanie New Jersey i poczekać na lepsze warunki. Ten krótki pobyt na oceanie dał mu przedsmak tego, jak będzie wyglądać dalsza części ekspedycji – przenikliwe zimno, wysokie fale, porywiste wiatry o często zmieniających się kierunkach. Potem – o czym sam się przekonał – doszły kolejne aspekty związane z pobytem na tym wielkim akwenie: wysoki poziom zasolenia, ogromna pusta przestrzeń, samotność, utrudniona komunikacja i zmęczenie mające wpływ zarówno na samopoczucie fizyczne, jak i psychiczne.

Pierwsze tygodnie na Atlantyku mijały na walce z przeciwnymi wiatrami, które a to cofały Olka, a to kręciły w kółko zbliżając lub oddalając go od Golfsztromu. Ten silny prąd oceaniczny wespół ze sprzyjającymi wiatrami i wiosłowaniem miał pomóc kajakarzowi płynąć na wschód. A gdy już się na nim znalazł faktycznie ruszył ostro pokonując nawet po 100 mil morskich dziennie. Tyle, że podczas jednego ze sztormów uszkodzony został ster „OLO”.

Pierwsza ocena sytuacji dokonana przez kajakarza wydawała się dość jednoznaczna. Istniało ryzyku przerwania wyprawy.  Po namyśle kajakarz decyduje się na nawet na trzymiesięczne dryfowanie, aż dobije do Azorów. Albo nadejdzie pomoc. I pomoc nadeszła. A raczej przypłynęła wraz z „Baltic Light”, statkiem, który zboczył z kursu do Panamy, by dotrzeć do polskiego podróżnika i naprawić uszkodzony ster. Jak potem Olek przyzna, tylko dzięki akcji ze znalezieniem statku, na pokładzie którego zreperowano jeden z najważniejszych elementów budowy „OLO”, możliwa była kontynuacja wyprawy.
A potem nadeszły dni grozy. Aleksander znajdował się jakieś 500 mil morskich od kontynentu europejskiego, kiedy mapy pogody zaczęły pokazywać zbliżający się do niego sztorm o sile 8-10 stopni w skali Beauforta. A właściwie dwa sztormy. Kajakarz niemało już sztormów przetrwał na oceanie w czasie tej i poprzednich wypraw, ale żaden z nich nie wyglądał tak groźnie! Wysokie fale, potężne grzywacze, załamujące się i spadające z całą siłą na kajak oraz porywisty wiatr stwarzały ogromne ryzyko dla małej jednostki pływającej, zdanej na umiejętności sterownicze kajakarza, choć ograniczone w tych warunkach, łut szczęścia i łaskawość Neptuna. Pierwsza, najmocniejsza nawałnica trwała dwie doby. Druga – kilka godzin. Z obu podróżnik wyszedł bez szwanku, choć bardzo zmęczony. Dalej już bez większych trudności dotarł nieopodal wspomnianej na początku Korwalii. Choć ląd był już w zasięgu jego wzroku, nie zdecydował się zakończyć wyprawy na wyspie. Jego założeniem od początku ekspedycji było dopłynięcie do kontynentalnej Europy. I tak dotarł właśnie do Le Conquet.

Trzecia i ostatnia wyprawa transatlantycka

Olek zapowiada, że to była już jego ostatnia wyprawa przez Atlantyk. Ta podróż znacząco różniła się od poprzednich pod względem wspomnianej wyżej skali trudności wynikających z charakterystyki trasy wiodącej północną częścią Atlantyku, a także kierunku poruszania się. Tym razem Olek płynął z zachodu na wschód. Dotarcie z Ameryki Północnej do Europy zajęło mu dni 110 dób bez 2 minut. I jak sobie i rodzinie obiecywał, zdążył do domu na swoje 71. urodziny.

2 Komentarze

  1. Ten dziadek to jest kot 😀

    1. No, ma wigor ten dziadyga 😀 😀

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

ZOBACZ RÓWNIEŻ

NOWOCZESNE MATERIAŁY OBNIŻAJĄ WAGĘ SAMOLOTÓW, ZMNIEJSZAJĄC KOSZTY LOTÓW

Udział tanich linii na rynku lotniczym w Europie wynosi już